- Ludzie...-prychnęła i oparła się o ramię swojego partnera - Kolejna fanka, która udając, że się potyka "niechcący" cię pocałowała, czy na prawdę te istoty są takie niezdarne?
Spojrzała na jego czerwony policzek.
- Głupia, głupia dziewucha - pomyślała i jednym dotknięciem sprawiła, że czerwień zniknęła.
- Niedługo 12, trzeba powoli się zbierać. - stanął i popatrzył na słodką, czerwoną parasolkę. Jest Vampirem, nie lubi przebywać na słońcu, jak każdy inny. Jednak dzięki niej, razem ze swoją partnerką może co jakiś czas wyjść na dzienne słońce.
- Po za tym... - w jego głosie było słychać niedoczekanie - Dziś dzień prawdziwego karmienia. Rima, wreszcie dostaniemy prawdziwą krew.
Oboje oblizali swoje wargi, lekko przy tym pokazując swoje kły. Przez długi czas przez głupie prawo nie mieli dostępu do krwi, musieli pić tą nieprawdziwą. Nie przypominała wcale tej prawdziwej. Teraz...Gdy na tron wszedł ktoś inny, wszystko się zmieniło. Uprowadzono kilku "karmicieli". 1 karmiciel na 10 wampirów dziennie. Jest to bezpieczne, gdyż krew karmiciela nigdy nie jest dopijania do końca i na następny dzień ma znów dość dużą porcje krwi by znów wykarmić wampiry.
Ruszyli w stronę ich mieszkania.
22.22 - park
- ul. Nilibamba, stary kościół. Znajduję się tam wampir poziomu E. Powodzenia - w jego słuchawce rozległ się kobiecy, melodyjny głos urzędniczki, który po chwili przemienił się w ciche "Pip, pip" oznaczające koniec informacji.
- Zgaduję, znów musisz upolować jakiegoś wampira? - westchnęła Rima - Czy nigdy nie dadzą Ci spokoju?
Senri jest łowcą wampirów, które dostały szału i zabijały wszystkich i wszystko w okół, nieustannie pragnąć krwi. Tak zwany poziom E.
- Niestety, niedługo do Ciebie wrócę - szybko pocałował ją w policzek i zaczął iść w stronę kościoła. Akurat musiał tam...
22.35 - kościół
Z czubków palców wskazujących wyskoczyły baty. Pełne przygotowanie. Wyważył drzwi, przygotowany na atak, ale gdy już wszedł ujrzał wampira poziome E na podłodze. Swoimi batami podniósł go i podszedł bliżej. Martwy.
- Kim ty jesteś?! - za sobą usłyszał czyiś głos i ruch, który zaraz miał zadać mu cios. Zirytowany puścił ciało odwrócił się i schwytał jej ręce. 4 ręce.
- Znów jakiś mutant, czy ludziom nigdy nie znudzi się eksperymentować? - pomyślał i westchnął - Mają skażoną krew, są nie potrzebne.
- To ty. - spojrzała na niego wrogo
- Och, nie moja wina, że na mnie wpadłaś. -zaczął iść, nadal trzymając ją w batach - Nie trzeba było być takim niezdarnym. I dzięki za zabicie go - wskazał palcem na ciało - mam więcej czasu dla Rimy, żegnaj.
Wyszedł z kościoła, a jego krew zaczęła do niego powracać. Dziewczyna znów była uwolniona. Zaczęła za nim iść.
(Lucy?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz